Kupiec S.A.

Na początku była ruda żelaza – tak można rozpocząć opowieść o historii metalurgii. Od chwili, kiedy ludzie zaczęli wytapiać żelazo, minęły wieki, a procesy uzyskiwania surówki zostały udoskonalone. Wróćmy jednak do początków, czyli starożytnych dymarek.

Proces dymarkowy znany był Europejczykom od II w. p.n.e., na ziemiach polskich pojawił się na początku naszej ery. Te najprężniej działające centra metalurgiczne działały na Mazowszu oraz w Zagłębiu Świętokrzyskim. Początkowo używano jedynie wyłożonych gliną zagłębień w ziemi, potem przerodziły się one w proste piece jednorazowego użytku. Składały się one z kotlinki, w której zbierał się żużel, oraz wykonanego z cegieł szybu, do którego ładowano na przemian rudę żelaza oraz węgiel drzewny. Umieszczone tuż nad ziemią otwory dmuchowe dostarczały powietrze. W wyniku redukcji bezpośredniej powstawała gąbczasta łupka żelazna, bowiem niemożliwe było uzyskanie płynnej surówki w temperaturze ok. 1300° C. Z wsadu złożonego z 200 kg rudy i 300 kg węgla, otrzymywano ok. 20 kg mocno zanieczyszczonej łupki żelaznej.

Tak niedoskonały proces – wydawać by się mogło – był wówczas mocno zaawansowany i w takiej formie przetrwał ponad 1000 lat. W wieku XII zaczęły następować pierwsze znaczące zmiany (miechy, początkowo ręczne, potem napędzane kołem wodnym), by w XIV wieku dymarka o wysokości nieprzekraczającej 1,5 m przekształciła się w wielki piec. Zdecydowanie zmieniły się jego wymiary (ok. 40 m wysokości) i kształt (dwa stożki ścięte połączone podstawami). W 1735 roku węgiel drzewny zastąpiono koksem, a w 1828 roku wprowadzono podgrzewany dmuch, do czego wykorzystano gaz wielkopiecowy. Obecnie średnia wydajność wielkiego pieca to 7000 ton żelaza na dobę. Piece zwykle pracują nieprzerwanie przez kilka lat. Przerwy wynikają przede wszystkim z konieczności wymiany ogniotrwałego wyłożenia.